O autorze
Absolwentka Stosunków Międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim, dziennikarka w redakcjach gospodarczych Gazety Wyborczej i Parkietu, teraz kieruje zespołem komunikacji i marketingu w międzynarodowej firmie doradczej. Stara się łączyć wiele perspektyw i ludzi z różnych środowisk – biznesowego, pozarządowego, dziennikarskiego. Takie podejście pozwoliło jej zrealizować wiele projektów, m.in. Polish Economic Forum na London School of Economics and Political Science, która wyrosła na największą konferencję poświęconą polskiej gospodarce odbywającą się poza granicami kraju, a wcześniej kierować zespołem młodych lekarzy, którzy wyjechali na Haiti po trzęsieniu ziemi i pracowali w szpitalu na prowincji.

W podlondyńskim pubie Jana Zumbacha, czyli śladami polskich lotników

Fot. MSZ
Niedaleko wojskowej bazy w brytyjskim Northolt wciąż działa pub, do którego po akcjach przychodzili lotnicy z Dywizjonu 303. I stara się kultywować pamięć o polskich pilotach.

Przechodząc obok pubu The Orchard w podlondyńskim Ruislip, na pierwszy rzut oka trudno domyślić się, jaką to miejsce odegrało rolę w historii pilotów słynnego dywizjonu 303 im. Tadeusza Kościuszki. Ale wystarczy wejść do ogrodu i od razu uwagę zwraca figurka pikującego samolotu, ozdobionego polską biało-czerwoną szachownicą i niebiesko-biało-czerwoną tarczą RAF. To figurka Spitfire’a – najsłynniejszego brytyjskiego myśliwca II wojny światowej, na którym latali również Polacy.
Figurka samolotu jest otoczona zielonym płotem. – To dla ochrony. Kilkanaście lat temu pierwszy samolot skradziono. Nie udało się go odnaleźć i po tym wydarzeniu nową figurę starano się zabezpieczyć – mówi Mark Light, około trzydziestoletni blondyn, który pracuje w restauracji. Do Marka zaprowadziła mnie kelnerka, kiedy zapytałam, czy w pubie jest ktoś, kto mógłby mi opowiedzieć coś o historii polskich lotników. – Najlepiej porozmawiać z nim, on opiekuje się tymi miejscami – odpowiada.



Kiedy Mark zaczął pracę w restauracji, teren dookoła Spitfire’a był zarośnięty, a zdjęcia i pamiątki po polskich pilotach zniknęły z wnętrza pubu, który kilka lat wcześniej przeszedł generalny remont. Mark uporządkował okolice pomnika, za jego sprawą na ścianę po lewej stronie od wejścia wróciła część biało-czarnych i kolorowych zdjęć. Wśród nich jest oprawiony w ramkę obrazek trzech myśliwców Dywizjonu 303 wznoszących się wśród chmur. Za ramką podpis - zdjęcie zostało przekazane przez Jerzego i Patrycję Bartoszewiczów jako wyraz wdzięczności dla 256 pilotów brytyjskiego lotnictwa, którzy ruszyli na pomoc płonącej Warszawie w 1944 r. – Mam nadzieję, że uda się zgromadzić więcej pamiątek, które przypominałyby o tamtych wydarzeniach – mówi Mark.
Bo The Orchard był swego czasu ulubionym miejscem spotkań polskich lotników (wówczas pub nosił nazwę „Orchard Inn”). Właściciel gospody, oddalonej o ok. 20 min drogi od bazy wojskowej w Northolt, miał babcię Polkę i ogromną serdeczność dla pilotów dywizjonu 303. Był zawsze doskonale poinformowany o wydarzeniach dnia – co wieczór przy barze hucznie witano bohaterów, którzy szczególnie wyróżnili się tego dnia w walkach powietrznych. Rannym gospodarz wysyłał kosz owoców.

Wacław Król, jeden z pilotów, wspominał, że dzięki jego serdeczności, wielokrotnie udawało się przeciągnąć przyjęcia poza urzędową godzinę 23.00 (do dziś o 11.00 wieczór w brytyjskich pubach rozlega się gong oznajmiając, że czas już do domu) - w Orchard Inn, w prywatnych apartamentach gospodarza, długo w nocy trwały tańce przy dźwiękach muzyki z adaptera.

Polscy piloci byli zresztą w tamtym czasie pupilami całej Wielkiej Brytanii. Byli najskuteczniejszym dywizjonem myśliwskim walczącym w bitwie o Anglię, która miała przesądzić o losach II wojny światowej. Premier Winston Churchill wiedział doskonale, że jeśli Niemcy zdołają przekroczyć Kanał La Manche to nic już ich nie powstrzyma. W słynnym przemówieniu, które w czerwcu 1940 r. wygłosił w Izbie Gmin, mówił: „Będziemy walczyć na plażach, będziemy walczyć na lądowiskach, będziemy walczyć na polach i na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach, nigdy się nie poddamy!”.
W tej wielkiej walce ramię w ramię z Brytyjczykami stanęli polscy piloci. Ich wyczynami żyła cała Anglia. Sławomir Koper, historyk, w książce przedstawiającej obraz polskiej emigracji wojennej, wspomina, że nasi rodacy w powietrzu nie mieli sobie równych. Pewnego razu szef bazy w Northolt, Stanley Vincent, podążył swoim myśliwcem za Polakami na akcję. Powątpiewał w prawdziwość relacji pilotów o brawurowych akcjach, ale to, co zobaczył, odebrało mu wszelki sceptycyzm. Zobaczył myśliwce nurkujące pionowo „z samobójczym impetem” na szyk niemieckich bombowców, otwierając ogień w ostatniej chwili. Na niebie rozpętało się „prawdziwe piekło, zaroiło się od płonących samolotów, spadochronów i kawałków rozwalonych maszyn. Wszystko rozgrywało się z oszałamiającą prędkością”. Po wylądowaniu Stanley miał powiedzieć: „mój Boże, oni naprawdę ich koszą”.

Sławomir Koper wspomina, że w Londynie w dobrym tonie było goszczenie polskich pilotów na imprezach towarzyskich. Damy z brytyjskiej socjety „adoptowały” kolejne dywizjony, a panowie stawiali kolejki przedstawicielom polskiej kawalerii powietrznej. Wiązało się to oczywiście z wieloma zabawnymi historiami. Koper przywołuje relację Bohdana Arcta, który wraz z kolegami po suto zakrapianej imprezie w Londynie nie mógł odnaleźć drogi powrotnej do bazy w Northolt. Zrozpaczeni lotnicy podjechali wreszcie na komisariat policji. Na posterunku najpierw poczęstowano ich filiżanką herbaty, bez której – jak komentował Arct – w Anglii nie można nic zdziałać, ani wygrać wojny. A potem policjanci wszystko sprawnie zorganizowali. Za kierownicą dwóch samochodów zasiedli funkcjonariusze i pod eskortą motocykli odwieźli polskich pilotów pod samą bramę bazy wojskowej. Tam funkcjonariusze zasalutowali, życzyli Polakom pomyślnych lotów i zawrócili w stronę Londynu.
Na brytyjskim niebie walczyło 145 pilotów myśliwskich, zgrupowanych w dywizjonach 302 i 303. Na zakończenie wojny byli jedynymi Polakami zaproszonymi do udziału w wielkiej pardzie zwycięstwa. Chociaż tylko samej bitwie o Anglię brało udział blisko 20 tys. Polaków, a na frontach II wojny światowej walczyło kilka milionów, to przedstawicieli polskich sił zbrojnych na paradę zwycięstwa nie zaproszono – w 1946 r. już wiadomo było, że nasz kraj znajdzie się w radzieckiej strefie wpływów, a nad Europą Wschodnią powoli zapadała żelazna kurtyna.
Polscy piloci odmówili udziału w wielkiej defiladzie, wyrażając solidarność z pozostałymi żołnierzami.

W tym roku Wielka Brytania świętuje 75. rocznicę Bitwy o Anglię i polskie środowiska zabiegają o to, żeby należycie pamiętano o zasługach Polaków. Ambasada w Londynie prowadzi akcję #BoBPoles, w ramach której powstały spoty telewizyjne z historiami pilotów. O pamięć dla zasług polskich pilotów do środowisk politycznych i brytyjskiej opinii publicznej zaapelował ostatnio Daniel Kawczynski z rządzącej Partii Konserwatywnej, jedyny brytyjski parlamentarzysta z polskimi korzeniami. To ostatni moment, żeby takie wyrazy uznania złożyć – dziś jest z nami może kilku pilotów dywizjonów myśliwskich. Ale z pewnością oni oraz ich potomkowie chętnie wznieśliby toast w dobrze znanym pubie przy Orchard Inn.
Trwa ładowanie komentarzy...